WEHIKUŁ CZASU PRZENIÓSŁ MNIE...


Słońce wzeszło już dwie godziny temu. Lekcje w szkole miały zacząć się za pół godziny, ale nie chciało mi się wstawać. W końcu przemogłem się i poszedłem do łazienki. Przed wyjściem musiałem się jeszcze spakować. Miałem mało czasu, ale często zdarzało mi się przyjść do szkoły czterdzieści sekund przed dzwonkiem.
Byłem gotowy do wyjścia dwadzieścia minut przed rozpoczęciem lekcji. Ruszyłem biegiem do szkoły, ponieważ piechotą szło się tam czterdzieści minut. Nagle zaczepił mnie jakiś starszy pan.
- Dzień dobry - powiedział. - Gdzie tak biegniesz?
- Dzień dobry - odpowiedziałem. - Śpieszę się do szkoły. Do widzenia.
- Chodź. Pokażę ci coś. Dzięki temu się nie spóźnisz.
Może nie było to zbyt mądre, ale poszedłem za panem. Zaprowadził mnie do gabinetu ortodontycznego. Przywitał się z właścicielem i wszedł do szafy. Podążyłem za nim i zobaczyłem, że za szafą jest ukryty korytarz. Przeszliśmy nim do sali oświetlonej kilkoma lampami halogenowymi. Pan wskazał palcem kabinę z zewnątrz wyglądającą jak zabytkowa szafa.
- Wsiadaj - rozkazał.
Wszedłem do środka. Wewnątrz był fotel i książka na stoliku. Nie miałem pojęcia, jak to coś miało mi pomóc nie spóźnić się do szkoły, tym bardziej, że lekcja trwała już od dziesięciu minut.
- Czytaj na głos. Strona dwieście dwudziesta druga, dwudziesta druga linijka od góry, drugie zdanie od lewej. I pamiętaj, unikaj siebie - polecił pan.
Kompletnie nie wiedziałem o co chodzi, ale wykonałem polecenie. Przeczytałem:

Prius dimidium hora.

Wyszedłem z kabiny. Nic się nie zmieniło.
- Tylko tracę czas! - krzyknąłem. - Idę do szkoły. I tak jestem spóźniony. - Spojrzałem na zegarek i wytrzeszczyłem oczy, bo według niego moje lekcje miały się zacząć za piętnaście minut. - Zegarek mi się przestawił!
Spojrzałem na zegar wiszący na ścianie. Wskazywał tą samą godzinę co mój. Popędziłem do szkoły. Lekcje jeszcze się nie zaczęły. To był wehikuł czasu! Niesamowite! Usiadłem z wrażenia. Mogłem być świadkiem wszystkich wydarzeń historycznych, a także zobaczyć przyszłość!
Nagle zaczęły mnie nachodzić pewne podejrzenia. Wyszedłem przed szkołę i zobaczyłem siebie biegnącego do szkoły. Wtedy zrozumiałem, że będę się tak kopiował. Za pół godziny do wehikułu znowu wejdzie mój sobowtór, potem kolejny i kolejny... Nie będę mógł być w miejscu, gdzie byłem pół godziny wcześniej, bo napotkam samego siebie, przed czym przestrzegał mnie starszy pan.
Pomyślałem, że muszę zapobiec wchodzeniu do wehikułu kolejnych moich kopii. Wyrwałem kartkę z zeszytu i napisałem na niej: "Zapobiegnij wejścia twojego sobowtóra do wehikułu". Położyłem kartkę na chodniku i schowałem się za drzewem. Mój sobowtór zauważył kartkę i przeczytał ją. Potem pobiegł dalej do szkoły. Pewnie nie zrozumiał przesłania, bo nie był jeszcze w wehikule. Zaraz jednak zaczepił go starszy pan.
- Mam nadzieję, że mi się uda - powiedziałem sam do siebie.
Zaczekałem dziesięć minut, po czym pobiegłem do gabinetu ortodontycznego. Odnalazłem starszego pana.
- Jak wrócić? - spytałem.
- Ostatnia strona, ostatnia linijka, ostatnie słowo - odpowiedział.
Wsiadłem do wehikułu. Odwróciłem się i zapytałem jeszcze:
- Dlaczego pan mi pomaga?
Pan uśmiechnął się, odwrócił, podniósł włosy z tyłu głowy i pokazał bliznę. Jeszcze kiedy nie chodziłem do szkoły rozciąłem sobie tam głowę. Usiadłem na fotelu i wziąłem książkę.
- Reverto! - przeczytałem.
Znalazłem się przed gabinetem ortodontycznym. Nagle zaczepił mnie jakiś starszy pan.
- Dzień dobry - powiedział. - Gdzie tak biegniesz?
- Dzień dobry - odpowiedziałem. - Śpieszę się do szkoły. Do widzenia.
- Chodź. Pokażę ci coś. Dzięki temu się nie spóźnisz.
Nie zgodziłem się. Pobiegłem do szkoły. Dotarłem do klasy czterdzieści sekund przed dzwonkiem.

napisał: Maciek, 11 i pół