GÓRY STOŁOWE 2002


3 maja, piątek
Jesteśmy w środku Gór Stołowych, w Pasterce.
Od środy do dzisiaj byliśmy w Pobiedziskach, koło Gniezna na "zjeździe" naszych wspólnot. Był to czas naszego oderwania się od świata, a dzisiaj w ten świat wyruszyliśmy. Czułam, że w gorącym okresie urlopowym i tak dostaniemy jakiś nocleg, ale gdy cel podróży był blisko, zaczęłam panikować (taka to moja wiara ;-)). Niesłusznie. Mamy miejsce w Pasterce, w domu "Caritasu"; czyściutki pokój z łazienką; przystępna cena (25 zł od osoby dorosłej i 20 od Maćka). Szymon co prawda mówił, że drogo, ale gadał tak, bo miał wielką ochotę nocować w schronisku PTTK.
Teraz tylko obawiamy się zmiany pogody. Pojawiły się rozmazane chmury i wieje silny wiatr. Ale jeśli tylko nie będzie padać, to pogoda będzie dobra. W Górach Stołowych chodzi głównie o skały (tak myślę, bo przecież na pewno nie wiem. Jest to dla nas nowe doświadczenie.), a je da się oglądać i przy gorszej pogodzie.
Dzieci podróż zniosły dość dobrze, chociaż gdy jechaliśmy, wcale tak nie uważałam. Ciągle tylko: "mama, chcę pić; chcę paluszka; chcę chrupka; chcę kanapki; chcę siku!!!" Za to na miejscu - odżyły. Zaczęło się ganianie po łóżkach, chowanie w szafie, wybieranie miejsca do spania. One odżyły, a ja marzę o spaniu.

4 maja, sobota
Jest słońce i ciepły wiatr. Jest wiosna z mgiełką rozrzedzonej zieleni liści na tle ciemnych świerków. Są kukułki, liczące dzieci. Są kanarkowe pierwiosnki. Dziękuję Ci, Boże, bo w tym wszystkim jesteś Ty i Twoja Miłość.
Byliśmy dzisiaj na Szczelińcu Wlk. (najwyższy tutejszy szczyt). Łaziliśmy tam między skałami. Były i wąskie ciemne szczeliny, zakamarki ze śniegiem, wieżyczka z "brzydkimi i baardzo niebezpiecznymi" (wszystko jedynie w moim odczuciu) schodami, tarasy widokowe - wiatrowiskowe. Maciek zachwycony biegał po szlaku. Zbierał także broń: karabin, miecz, pistolet, nóż. Wszystko to bardzo przypominało patyki (?) Anula dzielnie maszerowała albo zmęczona siedziała w nosidełku. A nam wystarczało, że dzieci nie marudzą. Czegóż więcej potrzeba steranym rodzicom? Szymon miał ochotę na wędrowanie bez końca, ale przekonałam go, abyśmy zwiedzili Wambierzyce. Byłam tam z rodzicami, gdy miałam 10 lat. Chciałam porównać swoje wrażenia z rzeczywistością. Schody do bazyliki nadal są duże. Szymek zrobił mi zdjęcie razem z dziećmi na tych schodach. Oglądaliśmy także ruchomą szopkę i kalwarię.
Po powrocie dzieci odpoczywały, skacząc po tapczanach, wczołgując się pod nie (chodzili do piwnicy), jeżdżąc pociągiem. Padłam na łóżko, a Szymon zajął się tym, co lubi najbardziej, czyli ... jedzeniem.

6 maja, poniedziałek
17.10 jesteśmy po wycieczce.
A wczoraj była deszczowa niedziela. Spędziliśmy sporo czasu przed telewizorem (o zgrozo!) Ale na szczęście nie cały! Nie! Nie! O 17-ej wyruszyliśmy na podmokłą wycieczkę. Miało być krótko, a zajęło nam półtorej godziny. Maciek był zachwycony początkiem szlaku, ponieważ mógł brykać w dziurach skalnych. Anula natomiast, siedząc w nosidełku, dumnie trzymała parasol nad głową.
...
Wczoraj niebo zasnute było chmurami, a dzisiaj - piękna pogoda. Teraz piszę, że piękna, ale tak naprawdę była niepewna. Chmury przewalały się po niebie i straszyły deszczem.
Na początek były Błędne Skały. Istny labirynt, wąskie szczeliny. Trzeba było ściągać plecak, żeby się przez nie przecisnąć. Anula w jednym miejscu rozpłakała się. Było tam wąsko, mokro, ale przede wszystkim brakowało pomocnej dłoni. Maciek za to brykał jak niesforny źrebak. Wybiegał naprzód, mówił co chwila: "mamo, tutaj to już naprawdę nie przejdziesz". Brykał, brykał i w końcu wbryknął w kałużę. Miał potem zabłoconą nogawkę i koniecznie chciał wracać do pokoju. Ale nie z nami te numery. Słońce świeciło, liczyliśmy więc na to, że spodnie szybko wyschną. Przekonaliśmy dzieci i pojechaliśmy jeszcze do Białych Skał. Według szlaku czekała nas 2-godzinna wycieczka. Szliśmy 4 godz. (czy wszyscy idący z dziećmi tak mają?)
Ale warto było. Maciek przy pierwszych skałkach stwierdził: "zobaczyliśmy Białe Skały, więc możemy wracać." Nie zwracając na niego uwagi, poszliśmy dalej. A dalej było "wielkie wspinanie". Zastanawiam się, czy nasz syn przypadkiem nie zostanie skałkarzem(?) Wolałabym, aby jednak "normalnie" chodził po górach. Z drugiej jednak strony ...
A mi najbardziej podobał się wąwóz skalny. Trochę (ale tylko trochę) przypominał Słowacki Raj. Potem z kolei było błotnisto - świerkowe przejście, przypominające beskidy. Czuć było góry, szczególnie na ostatnim odcinku. Szliśmy wtedy po płaskowyżu. Było trochę "strachliwych" widoków. Byłam okropna, nie pozwalając chłopakom zbliżać się do urwisk ... i ciągle pilnowałam, żeby ktoś trzymał Maćka za rękę.
Muszę na koniec pochwalić nasze dzieci. Szły rewelacyjnie!!! Anula wychodziła z nosidełka, żeby rozprostować kości, a potem znowu ładowała się do niego. A Maciek? No cóż? Kawał małego mężczyzny.

7 maja, wtorek
Skalne Grzyby okazały się mało emocjonujące. Co innego było dzisiaj ciekawe. Wczoraj na szlaku spotkaliśmy rodzinę (mama w ciąży, tata, 5-letnia dziewczynka i ponad roczny maluch w nosidełku). Oni powiedzieli, że szkoda, że nie idziemy w tę samą stronę, a Szymon na to, że jutro będziemy w Skalnych Grzybach i możemy się spotkać.
Dzisiaj przyjeżdżamy, a oni już czekają. Trochę było nam dziwnie. W powietrzu wyczuwało się lekkie napięcie, zarówno między rodzicami jak i dziećmi. Dzieci rozkręciły się pierwsze (no, dzisiaj to byłoby niemożliwe. Maciek twierdzi -8lat ma obecnie- że dziewczyny są beznadziejne i wcale nie można nawet do nich się zbliżać.) Wystarczyło poskakać między skałkami. Ale i starsi zaczęli opowiadać sobie o przeżyciach górskich.
...
I to już koniec króciutkiego wyjazdu w Góry Stołowe. W drodze powrotnej jeszcze tylko zajrzelismy do kaplicy czaszek. Dzieci szybko zasnęły. Za to rano o 4-ej, kiedy to dojechaliśmy do domu, poczuły się wyspane i zaczęły dokazywać. Na szczęście jedyną szkodą, jaką wyrządziły, podczas gdy my spaliśmy (nie dało się nie spać!), było pomazanie rąk i twarzy mazakami.

Ps.
Muszę jeszcze coś wyjaśnić. We wstępie "coś dla rodziców" Ania przyznaje się, że najbardziej lubi Góry Stołowe z powodu pluszaków, które tam są. Kiedy padało, a my snuliśmy się po miejcu naszego noclegu, miła pani gospodyni wyciągnęła zabawki swoich wnuków, czym uszczęśliwiła Anulę tak mocno, że mała wciąż o tym pamięta. A teraz aż strach znowu wybrać się w Stołowe. No bo jak nie będzie pluszaków?

wspominała K.B.