|
15 sierpnia, niedziela
Około 9.00 dojechaliśmy do Wisły. Najpierw zatrzymaliśmy się przy hotelu PTTK na krótki rekonesans.
Nikogo nie było w recepcji, więc pojechaliśmy dalej (a siatkarze w tym czasie na olimpiadzie wygrywali
z Serbią i Czarnogórą - niestety potem było już znacznie gorzej :-((
Wisła Czarne i stary ośrodek wypoczynkowy. Skusiła nas cena. Za pokój z 3 łóżkami, prysznicem i umywalką
mieliśmy płacić 60zł (pani wzięła od nas 50. Dlaczego? Nie mamy pojęcia, ale ucieszyło nas to
bardzo). Rozlokowaliśmy się jako tako i w możliwie krótkim czasie zebraliśmy się do wyjazdu. Plan był
taki: wjazd na Czantorię, a potem zobaczymy. Z racji niedzieli i tłumów pod wyciągiem plan się nie
powiódł, ale jak się później okazało dobrze, że tak się stało (plany w czasie tego wyjazdu często były
zmieniane - z różnych przyczyn - ale zawsze te zmiany były dla nas korzystne :-)
Szymon postanowił wjechać na Równicę, ale wprowadziłam go w błąd i wylądowaliśmy w Leśnym Parku Niespodzianek.
Pobyt tam kosztował nas 48zł (38zł bilety i 10- skoki na trampolinie w uprzęży; Szymon i Maciek skorzystali
z tej atrakcji).
Najważniejsze w parku są zwierzaki. Niektóre zamknięte za ogrodzeniami, inne chodzą sobie
między drzewami. Stadko danieli przechadzało się między ludźmi, którzy karmili je zakupioną specjalnie w tym celu
kukurydzą. Anula natomiast rozsypaną kukurydzę zbierała z ziemi i rzucała dzikom albo karmiła kozy, które
chętnie wyciągały pyski po smakołyki.
Wielką niespodzianką dla nas był pokaz lotów drapieżników. Zaskoczeni byliśmy wiedzą Maćka, który rozpoznał
pustułkę i kanię rudą. Ale on ostatnio dużo czytał opowieści pana Wajraka i stąd jego wiedza :-) Ptaki były
niesamowite. Latały między naszymi głowami tak, że czuć było podmuch powietrza. Były sprytne, zwinne, szybkie.
Bardzo żałowałam, że nie mam teleobiektywu. Można było zrobić świetne zdjęcia, zarówno ptakom, jak i ssakom.
Gdzieś tam między drzewami przechadzały się "białe jelenie".
Dla dzieci był dodatkowo bardzo urozmaicony plac zabaw z niespotykanymi dotąd sprzętami. Ponadto ścieżka z bajkami.
Około 10 witryn z ruszającą się scenką z danej bajki przy dźwiękach opowieści. Nasze ulubione kasetowe bajki z cyklu "Mama i ja"
z doskonałą obsadą aktorską.
Była też ścieżka dydaktyczna, a na niej ciekawie podane informacje z życia lasu, m.in przekroje przez pnie drzew
(prawdziwe, a nie na rysunku), budki lęgowe. Dużo emocji budziły skrzynki, do których wkładało się rękę i
odgadywało, co tam jest. Mało było odważnych przy tej "zgaduli". Całe szczęście można było od góry zajrzeć do środka.
A były tam: żuchwa z zębami, sierść dzika, huba, skóra barania, pióra.
W parku leśnym spędziliśmy 3 godziny. I wszyscy orzekliśmy, że warto było. Na koniec dnia wjechaliśmy na Równicę.
A tam mnóstwo samochodów, tłumy ludzi i ... obiad na chlebowym talerzu :-) Tylko kawałeczek jest z parkingu
podejścia na szczyt, ale skorzystaliśmy i z tego (bez dzieci, bo strasznie nie chciały). Nic wielkiego, ale i to
nic było dla nas radosnym spotkaniem z górami.
|
Trochę luźnych zapisków:
Urlop od dłuższego czasu stał pod znakiem zapytania. Z dnia na dzień czekałam na Szymona
i na jego wieści z pracy.
Czy już możemy jechać?
W końcu w sobotę rano usłyszałam:
jedziemy!
|
16 sierpnia, poniedziałek
Pierwsza wycieczka w Beskidzie Śląskim. Plany były zupełnie inne ;-) - przeł. Salmopolska i Skrzyczne. Możnaby
napisać "niestety nie udało się", ale zauważyliśmy następnego dnia, że "dobrze się stało, jak się stało".
Rano okazało się, że nasz scorpiak ma przebitą oponę i wymaga naprawy. Zostałam z dziećmi w ośrodku, a Szymon ruszył
do wulkanizacji. Dzieci zadowolone brykały na placu zabaw, który był nie najświeższej młodości, ale za to
sprzętów dużo. Szczególnie ciekawa była duża beczka. Po dojściu do wprawy
można było w niej biec, a nawet zostać wyrzuconym siłą odśrodkową (co Maciek sprawdził osobiście). Anuli
spodobał się domek z drabiniastymi schodami, do którego wchodziło się samodzielnie, ale schodziło już przy
pomocy mamy, kurczowo ściskając ją za szyję i krzycząc "nie zejdę" (ach te geny...)
Tuż przed 12-ą przyjechał Szymon i można było ruszyć w trasę. Czasu na długie przejście zostało mało, więc
trzeba było zmienić plany. Ku niezadowoleniu Szymona pojechaliśmy na Szyndzielnię, dosłownie, bo na górę wjeżdżają
gondolki. Stamtąd raźnym krokiem ruszyliśmy na Klimczok. Dwoiłam się i troiłam, wymyślając dzieciom zadania.
Szczególnie potrzebne były Anuli, która czuła się bardzo zmęczona już po paru krokach. Nie wystarczyły ani zadania,
ani słodkie "popychacze" i część trasy trzeba było przejść, wysłuchując narzekania Ani.
Na Klimczoku dzieci odżyły. Gabrysia, wypuszczona na wolność z nosidełka, postanowiła posprzątać szczyt. Starszaki
turlały się po trawie. Było trochę nerwowo... Przeżyliśmy też chwilę grozy. Nagle nad naszymi głowami (parę
metrów nad nimi) pojawił się szybowiec. Wyglądało tak, jakby chciał na nas wylądować (!) W ostaniej chwili
poderwał się i odleciał...
W drodze powrotnej próbowaliśmy znaleźć jaskinię ze skarbami. Prawdopodobnie udało nam się to, ale wejście było
(na szczęście) zbyt wąskie.
Ta krótka wycieczka uświadomiła nam, że niestety, ale z Anulą nigdzie dalej nie zawędrujemy. Maciek przekonywał
mnie następnego dnia, że to tylko taki okres w życiu jego siostry. Zobaczymy...
|

To jest krowa w górach :-) Dlaczego tak, nie wiem...
|
17 sierpnia, wtorek
Dzisiaj najwięcej przeszedł ... Maciek. Jestem z niego taka dumna :-) A na początku dnia byłam na niego wściekła -
jak to się zmienia. Dlaczego byłam wściekła, to nie jest do publicznej wiadomości ;-)
W planie mieliśmy wjazd wyciągiem krzesełkowym na Skrzyczne. Niestety okazało się, że wariant jazdy - ja i Ania,
Szymon z Gabką i Maćkiem - odpada. Przepisy nie pozwalają (w każdym razie w Szczyrku).
Szymon, Gabrysia i Maciek ruszyli pod górę (ok.700m podejścia), a ja z Anią wjechałyśmy krzesełkami. Z Anią
wjeżdżało się komfortowo. Mój lęk wysokości w obecności Anuli został przytłumiony mimo jej rozlicznych pytań:
- A jak spadniemy?
- A jak lina się urwie?
- Yhh, lina się urywa....
Na górze zamglone widoki: majaczące Tatry, okazała Babia Góra, Pilsko trochę na uboczu. Z mojego miejsca na
ławeczce nie miałam zbyt dobrego widoku. Zasłaniała go tablica informacyjna, ale nawet nie chciało mi się przesunąć, tak byłam rozleniwiona.
Ania zbierała jagody i maliny.
Po półtorej godzinie zadzwoniłam do Szymona - minęli stację pośrednią i dalej pięli się w górę. Wyszłyśmy im
na przeciwko...
Maciek był szczęśliwy. Doszedł!!! Na własnych nogach! Mówił potem, że było ciężko, ale wiedział, że dojdzie. No, bo
co? Powie, że już nie może i ... zawracamy? To niemożliwe. Cieszyłam się razem z nim. Gabrysia była w trasie
umiarkowanie uciążliwa. Doszli wg Maćka w 1godz i 49minut.
Chwila odpoczynku na szczycie i podejmowanie kolejnych decyzji. Szymon, Maciek i ja mieliśmy ochotę na zejście
do przeł. Salmopolskiej. Gaba nie wyrażała swojego zdania. Natomiast Ania zmieniała swoje jak rękawiczki.
To z nami dłuższą drogą, to z tatą krótszą, to znowu z mamą. W dodatku zerwał się silny wiatr, niebo zaciągnęło
się chmurami. Szymon w związku z pogodą i córkami zrezygnował z przełęczy.
Ruszyliśmy z Maćkiem zielonym szlakiem na Malinowską Skałę. Widok po drodze na Małe Skrzyczne taki, jaki powinien
być w górach. Góry tu i tam, ciemne z przodu i rozjaśniające się w miarę oddalania, a do tego wiatr we włosach.
Najjaśniejsze były szczyty Małej Fatry. Cieszyłam się, że mogłam pokazać Maćkowi miejsca, w których kiedyś byliśmy
z Szymonem.
Potem było przejście jagodowym lasem. Wiem, wiem ... lisy i bąblowica, ale takie wydawało się to nierealne.
Mam nadzieję, że się nie pochorujemy. Króciutkie strome podejście na Malinowską Skałę. Szczyt w lesie, ale atrakcją
jest skała, na której można posiedzieć, zjeść trochę słodyczy (a jakże :-), zrobić zdjęcia i w pełni sił ruszyć dalej.
Pełnia sił szybko zaczęła się wyczerpywać, szczególnie u Maćka, który miał już w nogach podejście na Skrzyczne.
Mimo wszystko ciągle szło się dobrze. Po krótkim czasie wyłoniła się polana pod Malinowem i sam widok na szczyt.
Było widać nasze kolejne podejście - nie powiem, całkiem, całkiem.
Słońce grzało, wiatr wiał, kolejne beskidzkie widoki zachwycały tak, jak kiedyś w zupełnie innym miejscu i w
zupełnie innej sytuacji. Tym razem wędrowałam z własnym synem i ta wędrówka była bardzo przyjemna (?!) To
zaskakujące odkrycie!
Jaskini Malinowskiej nie szukaliśmy. Brakowało nam sił i motywacji. Przecież wiadomo było, że w dół po 10-metrowej
drabince na pewno nie zejdziemy. Podejście na Malinów trochę nas zmęczyło. Dobrze, że było krótkie, a na szczycie
mogliśmy oglądać się w tył i w bok, i zobaczyć naszą dotychczasową trasę. Maciek był dumny z siebie, że tyle
już przeszedł.
Na koniec było strome, ale niezbyt długie zejście na przełęcz. Szymona jeszcze nie było, ale była budka telefoniczna,
a ja miałam kartę w kieszeni, Szymon komórkę (ach te udogodnienia...), więc mogłam go "wezwać". W drodze powrotnej
wstąpiliśmy do przydrożnego baru na obiad - należał nam się :-))
|
dlaczego tym razem Beskid Śląski?
Trochę ze względu na wyciągi krzesełkowe, ułatwiające wycieczki z dziećmi. Jednak wydaje mi się, że główną przyczyną
byłam ja. Nigdy jeszcze nie byłam w tych górach. Już czas było je poznać :-)
|
18 sierpnia, środa
Ciągle tutaj jesteśmy... Szymon w czasie wycieczki wykonał parę tysięcy służbowych telefonów, omawiając przeróżne
zawodowe problemy. Można narzekać na komórki w czasie urlopu; na to, że każdy może zadzwonić, wezwać do pracy,
domagać się wyjaśnień. Ale dla nas tym razem ta służbowa komórka okazała się bardzo pomocna. Właśnie dlatego, że Szymon ją
ma, mogliśmy pojechać w góry. Bez łączności Szymona z pracą w tak trudnym okresie, niemożliwa byłaby nasza wyprawa.
Obawiałam się dzisiejszego dnia. Bałam się trudu podchodzenia na Baranią Górę razem z dziećmi. Szczególnie obawiałam
się marudzenia Anuli, ale nasza córka - koza - szła dzisiaj świetnie!
Wycieczkę rozpoczęliśmy nietypowo. Podjechaliśmy maksymalnie wysoko, tzn. pod schronisko studenckie przy zielonym
szlaku, od strony Istebnej. Stamtąd podeszliśmy do brzydkiego schroniska (a raczej hotelowca) na Przysłupie.
Według drogowskazu była godzina; nam to zajęło odrobinę dłużej.
Potem podejście na Baranią. Przez las, całkiem przyjemne. Pewnie dlatego takie przyjemne, że Anula dała z siebie wszystko.
Szczyt Baraniej jest zarośnięty, ale stoi tam wieżyczka widokowa i można z niej podziwiać beskidzkie (i nie tylko)
widoki :-)
Dzisiaj także postanowiliśmy się rozdzielić. Tym razem ja i starszaki schodziliśmy niebieskim szlakiem do Wisły
Czarne, prosto do naszego "noclegowiska". Szymon też tak chciał, ale jako kierowca musiał wracać do samochodu :-(
A Gabka, wiadomo, razem z nim. Ania świetnie zachowywała się na podejściu, więc została dopuszczona do naszej
wyprawy. Zejście bez widoków, ale interesujące. Złapalismy trochę Wisły do butelki. Dzieci były zachwycone, że
moga pić wodę z naszej największej rzeki ;-) Najtrudniejszym odcinkiem był asfalt na dole. Wśród wyprawowiczów nastąpiło rozluźnienie.
Coraz trudniej było ich nakłonić do dalszej wędrówki, szczególnie, że i moje siły były na ukończeniu. Na koniec dzieci
przeliczyły zdobyte punkty. Starczyło na lody i pamiątki z Beskidu Śląskiego.
|
Punkty
Punkty ułatwiły nam życie. Dzieci dostawały 1 punkt za 100m podejścia i 1 punkt za 1km przejścia. 15 pkt Maćka to był
1 lód, a Ania na loda musiała zdobyć 10. Połowa zsumowanych puntów z dnia przechodziła na konto "pamiątka". Na pamiątkę
Maciek musiał zebrać 40pkt, a Ania 30. Maciek zgodził się na takie warunki. Sam przyznał, że Anula powinna
zebrać mniej niż on :-)
|
19 sierpnia, czwartek
Zmęczona jestem bardzo. Dopiero przed 21-ą dotarliśmy na nocleg. Myślałam, że będziemy mieli dzisiaj wypoczynkową
wycieczkę na Czantorię. Szymon jednak przekonał nas do wyprawy sentymentalnej na Wielką Raczę. Dzieciom zaoferował
50% punktów gratis, co dawało dodatkowego loda. Jeśli dzieci już chciały, to ja nie miałam nic do gadania ;-)
Droga do Rycerki, skąd mieliśmy ruszyć w górę, okazała się znacznie dłuższa niż Szymon przypuszczał. Jechaliśmy
trochę ponad godzinę. Drogowskaz na Raczę przy parkingu wskazywał czas 1godz i 35minut. Dzieci dobrze zmotywowane szły ochoczo.
Gorzej było dzisiaj z Gabrysią, która nie miała ochoty siedzieć w nosidełku. Za to koniecznie chciała stawać na pniach,
ściętych drzew, których nie wiadomo czemu było wyjątkowo dużo. Czasami gospodarka leśna jest dla mnie zupełnie
niezrozumiała.
Dzisiaj na szczyt pierwsza weszła Ania, a za nią ja. Reszta doszła po 5-10 minutach. Widok z Raczy nie zmienił się
od ostatniego naszego na niej pobytu. Jest jak zawsze zachwycający, różnorodny. Wieżyczka stoi, chociaż stolik
z narysowanym położeniem okalających szczytów jest źle przykręcony. Strzałki wskazują nie te góry, które
wskazywać według napisów powinny.
Na szczycie poznaliśmy miłą grupę turytów, złożoną z trzech osób dorosłych (Renata, Agnieszka i Maciek) oraz
czwórki małoletniego rodzeństwa (Zosia, Ignacy, Antek i Marianna). Tak dobrze nam się rozmawiało o radościach
i problemach wędrowania z liczną gromadką, że po obiedzie w schronisku postanowiliśmy razem zejść w doliny.
Na mapie naszych nowych znajomych od czerwonego szlaku, idącego w stronę Zwardonia, przy obejściu Przysłupu
odchodził znakowany szlak rowerowy. Dochodził potem do miejsca, w którym stały nasze samochody. Zejście,
choć trochę niepewne, zapowiadało się dobrze. Dzieci ruszyły raźno. Wiadomo, w gromadzie rówieśników
idzie się lepiej. Słońce świeciło, czasu ciągle było wystarczająco dużo. Trochę nerwowo zrobiło się w okolicach
przewidywanego odejścia szlaku. Ścieżki nie było, w każdym razie nie na tyle wyraźnej, aby nią w ciemno schodzić
(nie mówiąc już o znakowanym szlaku). Po drodze na pocieszenie znaleźliśmy źródełko, o którego spotkaniu po
cichu myślał Szymon (takie sobie wspomnienia sentymentalne). Pogoda dopisywała, humory też (na szczęście!).
Śmialiśmy się mówiąc, że dwie rodziny wielodzietne wybrały się w góry i zabłądziły. O zabłądzeniu nie było
mowy. Za to groziło nam kilkugodzinne zejście do Zwardonia, gdzie urlopowali nasi znajomi (zresztą w domu Renaty,
która szła z nimi). Stamtąd zawsze można było samochodem Renaty pojechać po nasze samochody. Jednak jeszcze kilka
godzin marszu z siedmiorgiem dzieci w różnym wieku nie było zachęcającą perspektywą.
W jedym miejscu Szymon zauważył dosyć wyraźną ścieżkę, schodzącą w dół, ale pójście w nieznane nie przypadło nam
do gustu. ... I wtedy z przeciwka nadszedł leśniczy z rodziną. Nie, nie, to nie początek bajki. Tak było rzeczywiście.
Zasypaliśmy pana leśniczego pytaniami o drogę. Na co wskazał nam ścieżkę, którą dopiero co znalazł Szymon :-))
Traktować to spotkanie można różnie. Dla mnie był to bez wątpienia dar od Boga :-)
Zejście było prosto w dół, po drodze, którą było ściągane drzewo - stromo, błotniście, "szturchliwo" i szybko.
I jeszcze na sam koniec, kiedy doszliśmy do Rycerki, Agnieszka złapała dla naszych mężów okazję. Tym sposobem
zaoszczędziliśmy trochę czasu i sił.
|
"szturchliwo" - to słowo wymyślone przez Anulę, a określa drogę, na której znajdują się luźno rozrzucone
kamienie :-)
|
20 sierpnia, piątek
Dzisiaj to już prawdziwe lenistwo. Wjechaliśmy wyciągiem krzesełkowym na Czantorię. Okazało się, że nie ma żadnych
przeciwskazań do tego, aby Maciek siedział razem z Szymonem i Gabrysią. Widać wyraźnie, że przepisy zależą od
tego, kto je interpretuje. Na górze od wyciagu jest może półgodzinne podejście na sam szczyt. Ale co to dla nas...
Po wczorajszej wyprawie nie było zbyt wielkich problemów, a małe już nam nie przeszkadzają ;-)
Na szczycie stoi czeska wieża widokowa z płatnym wejściem. Skorzystał tylko Szymon i Anula. Pogoda była chmurzasta.
I rzeczywiście widoki z góry nie były zbyt ciekawe.
10 minut od szczytu jest schronisko czeskie i bar polski. Wybraliśmy się do schroniska. Szymon zakupił
langosze; byłyby pyszne, ale były tak słone, że można powiedzieć, że były jedynie dobre.
Nerwowo poganiałam Szymona, abyśmy schodzili w dół. Bałam się deszczu, który wisiał w powietrzu. I miałam rację. Deszcz
złapał nas i wiele innych osób na szczycie. Czesi mają tam piękną dużą wiatę i tylko dzięki temu nie zmokliśmy.
Deszcz lał, wiatr powiewał, grzmoty pochrząkiwały. Ludzie pod wiatą byli zmarznięci (krótkie rękawki, niektórzy
bez kurtek, bluz. Wiem, że to tylko Beskid Śląski, taki cywilizowany, ale żadnych gór nie należy lekceważyć).
Z uporem maniaka, nawet gdy zupełnie nic nie zapowiadało deszczu, nosiłam w plecaku nasze kurtki. I przydały się.
Korzystając z chwilowych przejaśnień pognaliśmy do wyciągu. Krzesełkami na dół. Potem zakup lodów i zostało
jeszcze trochę czasu, z którym niebardzo wiadomo było , co zrobić. Wymyśliliśmy, że pojedziemy do Cieszyna
zobaczyć jeden z najstarszych zabytków polskich - rotundę z X-ego wieku. Po drodze złapała nas kolejna fala
deszczowa. W Cieszynie rotundy ... nie znaleźliśmy, mimo wielokrotnego objeżdżania miasta. Co gorsza wydostanie
się z Cieszyna też nie było proste. Mimo, że tego nie chcieliśmy, wracaliśmy do niego ze dwa razy.
|
co najbardziej podobało się dzieciom?
Maciek: Ustroń, park niespodzianek i wyprawa na przełęcz Salmopolską, razem ze Skrzycznem :-)
Ania: kozy mi się podobały!
Gabrysi nie pytałam, ale i tak wiem, co by odpowiedziła - jagody!!!
|
21 sierpnia, sobota
O dniu wyjazdu zawsze pisze się ciężko. Nawet deszcz nie przynosił Szymonowi spokoju. Czuł, że za mało było gór, że
mógłby jeszcze i jeszcze.
W drogę powrotną ruszyliśmy ok.11-ej. Mieliśmy w planie obejrzeć co nieco z atrakcji Jury Krakowsko-Częstochowskiej.
Najpierw była Pustynia Błędowska. Cieszę się, że tam pojechaliśmy. Myślę, że jeszcze kilka lat i pustyni nie będzie.
Już teraz są to tylko niewielkie pustynne placki.
Drugą atrakcją miał być zamek w Ogrodzieńcu. I był, ale tylko na krótko z okien samochodu. W Ogrodzieńcu był tłum
ludzi, zbierających się na koncert rmf/fm. Rozbawiły nas panie ubrane w czerwone fartuchy i zaganiające samochody
na parking w swoim obejściu. Nie skorzystaliśmy :-) Pojechaliśmy do Podlesic, znanych przede wszystkim skałkarzom.
Zrobiliśmy tam sobie dłuższy postój z obiadem i spacerem na pobliskie skałki. No dobrze, przyznam się bez bicia,
na skałkach panikowałam, że mi się rodzina pozabija, chociaż nie miałam żadnego powodu (wg nich). Dla mnie tam i tak
było niebezpiecznie, z początku. Potem przyzwyczaiłam się i trochę mi przeszło :-) Nie wiem, co zrobię, jak Maciek
zechce zostać wspinaczem...
I jeszcze już na sam koniec obejrzeliśmy mniejsze niż w Ogrodzieńcu ruiny zamkowe, i już w zupełnej ciemności
mignął nam ciekawie oświetlony zamek w Olsztynie.
wspominała: Kasia
|
Na koniec pozdrawiamy wszystkich, których w tym roku spotkaliśmy na szlaku, a szczególnie tych, co z nami
wędrowali :-)))))
|
|