|
Wydawało się, że niemożliwe jest, abyśmy całą rodziną, z dwuletnią Anią i
sześcioletnim Maćkiem mogli wyjechać do Austrii. Za daleko, za drogo.
A jednak, udało się! Tego lata mieliśmy rekolekcje na południu Czech, a stamtąd
to tylko krok i Austria. To nic, że ponad 600 km i że potem do domu trzeba wrócić.
To była OKAZJA! I wykorzystaliśmy ją.
Dlaczego okolice Saalbach? To już Szymon musi wyjaśnić. |
Trochę luźnych dopisków Szymona: |
30 lipca, poniedziałek
Brzmi to niewiarygodnie, ale ... jesteśmy w Alpach w Austrii. Jesteśmy z dziećmi
i przyjaciółmi.
Miał to być dzień aklimatyzacyjny, a ja nóg nie czuję. W Hinterglemm (koło
Saalbach) byliśmy ok.7.00. Chłopaki zajęli się szukaniem jakichś informacji
odnośnie noclegu. Ok.8.00 zaczęli dobijać się do miejscowych pensjonatów,
posługując się informacjami z gazetki ogłoszeniowej. Znaleźli nocleg za 600 ATS.
Szymon, jak to on, próbował coś utargować, ale kobieta była twarda i zupełnie nie
rozumiała jego żyłki handlowej.
Mamy Ferienwohnung: 2 pokoiki (jeden z aneksem kuchennym z pełnym wyposażeniem)
z łazienką. Oczywiście pościel, ciepła woda, papier toaletowy, ręczniki - a my
nie przyzwyczajeni do takich luksusów w górach. Z okna widok na góry. Trochę
podobne do Tatr Zach., wysokie; może mało alpejskie, ale za to dostępne. Mamy
tutaj 4 wyciągi, przy czym jeden wjeżdża na ok.2000m.
Dzisiaj byliśmy na wycieczce na Pffeferalm (ok.1300m). Było upalnie, chociaż rano
padał deszcz i baliśmy się zmiany pogody. Było nam jakoś tak ciężko i za gorąco
w długich spodniach. Muszę pochwalić Maćka, który dzielnie maszerował.
Powrót do domu i obiad, przygotowany z jedzenia zabranego z Polski i kupionego
w Czechach.
Wieczorem natomiast druga wycieczka, która miała być króciutka, wypoczynkowa, a trwała
2 godz. Była to wycieczka na koniec doliny, w której mieszkamy. Nie dotarliśmy jednak
do końca.
Muszę jeszcze napisać o domach austriackich. Mnóstwo tu hoteli, pensjonatów.
Każdy dom przyozdobiony kwiatami. Kwiatów zresztą jest pełno wszędzie: w donicach,
skrzynkach, na trawnikach, między domami a drogą. Nie da się tego opisać. |
Łapanie "okazji".
Wyjazd na rekolekcje na południe Polski zawsze jest dla nas zachętą do przedłużenia urlopu o tydzień
i pobytu w górach. 600 km, które musimy przejechać z północy, aby być w górach to duży wysiłek, no
i koszt. Tym razem rekolekcje niespodziewanie miały miejsce w Czechach i to na południu, w miejscowości Vernar
koło Brna. Od razu pojawiła się myśl - Alpy! Oceniam wstępnie; tylko 300 km i jesteśmy na wschodnim
krańcu Alp. "Fachowa" mapa z atlasu geograficznego wykazuje szczyty ok.1700 km, co w pierwszej chwili
wydaje się zachęcające. Im jednak dłużej rozmyślam nad "naszymi" Alpami, tym dalej przesuwam granicę,
dokąd możemy się zapuścić. Wschodni kraniec? Jednak nie. Marzy mi się obejrzenie lodowców, a przede
wszystkim "morza gór" dookoła.
|
31 lipca, wtorek
Wieczór, dzieci w kąpieli. Siedzę sobie na tarasie, przyglądam się chmurom, które
atakują nas z zachodu. Proszę Boga o pogodę.
Dzisiaj było bardzo ciepło. Wjechaliśmy kolejką na Schattberg-Ost. Potem przeszliśmy na
Schattberg-West. (około 1 godz. według drogowskazów).
Wyszliśmy z kolejki i dech nam zaparło. Wokoło góry - nawet najwyższy szczyt Austrii
Glossglockner było widać. Góry zielone, a za nimi lodowce. Wszystko w słońcu.
Na "naszym" szczycie plac zabaw dla dzieci. Zupełnie nie czułam, że jestem na 2000.
Za to Maciek odczuł różnicę wysokości i związane z nią rozrzedzenie powietrza.
Kiedy zjeżdżał na ślizgawce, weszły mu w rękę drzazgi. Bardzo chciał, abym mu je wyciągnęła.
Zaciskał zęby, wstrzymywał oddech, a ja walczyłam z drzazgami. Udało mi się, ale
Maciek zbladł i bardzo źle się poczuł. Myślę, że zabrakło mu tlenu. Na szczęście
dosyć szybko wrócił do normy.
Jeszcze dla potomnych opiszę samodzielną wyprawę Szymona i Jędrka. Wyprawa ta
doprowadziła ich wrażliwe i pełne troski żony do nerwicy żołądków. A było to tak.
Kiedy weszliśmy na Schattberg-West. chłopaki, zachęceni widokiem, postanowili
pójść dalej, na pobliski szczyt. Miało im to zająć godzinę. W tym czasie mogłyśmy
sobie coś zamówić za 100 ATS. W porządku. W porządku było do pewnego czasu.
Taras, frytki, parasol, widoki na lodowce. Przez godzinę było w porządku. Potem
coraz gorzej. Po 2 godzinach było źle. Zdecydowałyśmy się wracać do kolejki, ponieważ
bałyśmy się, że nie zdążymy na ostatnią i czeka nas schodzenie na nogach z dziećmi
na rękach. Bałam się też o chłopaków - obce góry ... . Ruszyłyśmy obładowane plecakiem
i nosidełkiem z Anulą. Na szczęście skruszeni mężowi dogonili nas po jakimś czasie.
Za karę ugotowali nam obiad, pozmywali, a Szymon przez resztę wieczoru zajmował się
dziećmi i jeszcze zrobił mi tosty z dżemem :-) |
Po tysiąc razy zastanawiamy się, gdzie pojechać. Ta niepewność pozostała we mnie do samego końca, nawet
po zakwaterowaniu się. Przy wyborze celu ważne jest, aby okolica była przyjazna wycieczkom z małymi
dziećmi. Kto był w górach z maluchami, wie o co chodzi. W końcu nawet spacerek może stać się ekstremalną
wyprawą. Szukamy miejsc, wokół których jest dużo wyciągów, bo uznajemy, że to największa szansa, żeby
mimo "ogonów" powędrować choć trochę po górach. W końcu wybieramy - Saalbach-Hinterglemm. Niezbyt szeroka dolina,
otoczona dość łagodnymi pasmami. W pobliżu skaliste masywy, które z kolei powinny zapewnić "alpejskie widoki".
Rzekomo kilkanaście wyciągów (potem okazuje się, że latem niestety działają tylko 4), panoramy z livecom-ów
(program 3sat rano) i stosunkowo niskie ceny noclegów. Do tego dość blisko Brna.
Biorąc pod uwagę skład naszej ekipy nie był to chyba zły wybór, chociaż po raz drugi na pewno wybralibyśmy
jakieś inne miejsce. |
1 sierpnia, środa
Planowaliśmy na dzisiaj wycieczkę samochodową na Grossglocknerhochalpenstrasse. Niestety
rano widoczność była słaba. Nadciągnęły chmury i zrobiło się mgliście.
Do tego Jędrek był spalony od słońca - miał nawet opuchliznę i dreszcze.
Ostatecznie wjechaliśmy kolejką na Zwolferkogel. Niestety tylko na stację pośrednią.
I zalegliśmy tam na kolejnym placu zabaw. Było na nim ciekawe urządzenie do przesuwania
się na linie.
Miałyśmy z Magdą wielką ochotę na samodzielną wyprawę na szczyt. Plecaki na plecy,
całusy mężom (każda swojemu, oczywiście) i w górę. ... Wróciłyśmy po 20 minutach.
Okazało się, że góry sa zamknięte z powodu remontu :-) Z jednej strony to fajne,
że te góry są zagospodarowane (łatwiej z "ogonami"), a z drugiej strony to trochę
smutne :-(
To zdjęcie związane jest z małą przygodą Ani z krowami.
Krów w Alpach jest całkiem dużo,
a w związku z tym i ... krowich placków. Ania koniecznie chciała sprawdzić, co to jest.
Nie mówiąc nikomu, cichaczem wsadziła łapkę w TO, a potem ... z obrzydzeniem wytarła dokładnie w spodenki. |
Od wyjazdu minęło kilka lat, w Austrii weszło euro, a Polska jest w Unii Europejskiej; mimo to postanowiłem
zamieścić trochę specyficznych informacji praktycznych - takich, do których ciężko było mi przed wyjazdem
się dogrzebać. Oczywiście te parę zdań nie pretenduje do funkcji jakiegokolwiek przewodnika. |
2 sierpnia, czwartek
To, co przeżyliśmy dzisiaj, nazwałabym zwiedzaniem gór. Dzień był pełen wrażeń.
Byliśmy na Grossglocknerhochalpenstrasse (ileż te niemieckie słowa mają liter).
Jechaliśmy wspaniałą trasą widokową z mrożącymi krew w żyłach zakrętami ;-)
Chodziliśmy po śniegu, a potem nawet po lodowcu. Widzieliśmy przez lornetkę ludzi
zdobywających Grossglockner. Chłopaki weszli na 2630.
Byliśmy też na chwilę w miejscowości z urokliwym widokiem kościoła na tle ośnieżonych gór.
Na koniec strasznymi (to już moje i tylko moje odczucie) serpentynami wjechaliśmy na Edelweissspitze
(szczyt szarotki :-)). Słońce powoli zachodziło. Mimo turystów była tam cisza, którą jedynie
zakłócało rozrabianie naszych dzieci. Widoczność nie była rewelacyjna. Był upał i powietrze
było zamglone z gorąca. Mimo wszystko było czym się zachwycać.
na lodowcu; Ania w drodze z lodowca
|
Wjechaliśmy samochodem na najwyższą dostępną tym środkiem lokomocji przełęcz w Alpach austriackich.
Ale chłopakom było mało. Weszli więc na ponad 2600 i już Szymon mógł powiedzieć, że był choć trochę
wyżej niż dotychczas :-)
|
A tu jesteśmy na Edelweisspitze 2571m.
|
|
Noclegi.
Wydaje mi się, że najlepiej stworzyć grupę kilkuosobową. Można wtedy wynająć cały
domek i podzielić koszty noclegu. Poza tym dla gospodarzy jest się wtedy atrakcyjnym kąskiem i są
szanse, żeby cokolwiek wytargować. Dodatkowe punkty zyskamy przy pobycie przynajmniej tygodniowym.
Należy unikać słynnych kurortów, pośredników itp. Rodacy, spotkani w Kaprun, płacili więcej za 4 osoby
niż my za 4 + 2, a mieli do dyspozycji 1 pokój (my 2). Największe redukcje uzyskać można (i trzeba)
za pobyt dzieci. Zdecydowanie polecam tzw. Ferienwohnung, tzn. kompletnie wyposażone mieszkanie,
z dobrze wyposażoną kuchnią. Nasza gospodyni co parę dni zmieniała nam ręczniki (taki standard).
Wyżywienie.
Tu znowu sprawdza się teoria wyjazdu w kilkuosobowej grupie. Łatwiej wtedy zmobilizować się
i przygotowywać posiłki we własnym zakresie. Ceny żywności (jak pewnie powszechnie wiadomo) są w Polsce niższe
niż w krajach alpejskich. Moim zdaniem warto było przywieźć nawet kilka bochenków chleba, a na pewno
konserwy mięsne, makaron, ryż itp. Natomiast owoce, warzywa, soki, produkty mleczne można kupować
w supermarketach w stosunkowo niskiej cenie.
Karty bonusowe
typu Sommerjocker chociaż drogie zapewniają masę zniżek, a często "darmowy" wstęp.
Ale np. w naszej okolicy karta taka dawała niewiele - tylko jednokrotny darmowy wjazd wyciągiem
i wejście na basen. Dlatego zamiast niej wybraliśmy tańsze karnety na kolejki. Warto więc przed
zakupem dokładnie przejrzeć regulamin karty.
|
3 sierpnia, piątek
W końcu mieliśmy prawdziwe chodzenie po górach. Wydawało się na początku dnia, że
po wczorajszym zmęczeniu, należy nam się dzisiaj wypoczynek.
Na początek wjechaliśmy kolejką gąsienicową (skoro była taka możliwość, a my z "ogonami")
na Kohlmaisgipfel - ok. 1700m. Na górze było duszno i upalnie. Zanosiło się na burzę.
Gdyby nie gorące powietrze, byłoby widać ośnieżone szczyty. A tak ledwo majaczyły.
Za to z drugiej strony niemalże na wyciągnięcie ręki był skalisty Leogang (widoczny jest na zdjęciu
z prawej strony; tyle że jest to widok z Schattbergu).
Rozłożyliśmy mapę i postanowiliśmy trochę się przejść i potem wrócić do kolejki. Maciek
przyczepił się do Magdy i opowiadał jej o pokemonach. Gadał tak i gadał, a my
szliśmy i szliśmy ostro w dół chłodną ścieżką przez las. Po prawej stronie towarzyszył nam
widok na skały. Szło się bardzo dobrze. Tak dobrze, że weszliśmy jeszcze na Barnkogel.
Podejście było strome, ale krótkie (takie jak lubię). Na górze czekała na nas drewniana
chatka - niewielka, ze stołem, ławami, ładnymi opisami przyrody na ścianach i ...
miotłą za drzwiami. Możnaby nawet w niej przenocować. Dzieci brykały, a my posilaliśmy
się przez jakiś czas.
A potem było dłuuugie zejście do pośredniej stacji naszej kolejki. Czułam się rzeczywiście
jak w górach. Dzieci jakoś nie przeszkadzały. Momentami czuć było orzeźwiający wiatr,
który tak bardzo był potrzebny. Pot z nas ściekał, szczególnie z Szymona, który przez
moment niósł Anulę w nosidełku, a Maćka na barana. |
Atrakcje.
Atrakcji jest mnóstwo :-) Dla nas celem wyjazdu były góry, więc pominęliśmy masę
dodatkowych możliwości wypoczynku, które skierowane są do turystów (imprezy folklorystyczne, muzea, turnieje np.
zbieraczy złota w Rauris, baseny). Ale zostały dla nas cuda natury, za których oglądanie trzeba czasami
zapłacić (wyciągi, przejazdy samochodem, przejścia przez wąwozy, jaskinie).
|
4 sierpnia, sobota
Właściwie to Szymon powinien tego dnia opisać swoją wyprawę. Był to bowiem dzień dla
mężczyzn. Chłopaki zaplanowali sobie obejście końca doliny. Niestety pogoda popsuła się.
Widoczność była niewielka. Do tego zaczął padać deszcz. Musieli wcześniej wracać do
domu. Przynieśli nam za to sporo grzybków, których nikt tam nie zbierał.
W czasie gdy chłopaki marzli na szczytach, my robiłyśmy zakupy. Magda kupowała prezenty
dla bliskich, a ja oszczędzałam pieniądze. Kupiłyśmy też bardzo drogi chleb (750g za
28 ATS) i całkiem tanie piwo (5,90); oraz inne produkty żywieniowe. |
Co zrobiło na mnie największe wrażenie?
|
5 sierpnia, niedziela
Dzień rozpoczęliśmy od eucharystii w kościele w Saalbach. Na mszę poszliśmy przygotowani -
wcześniej przeczytaliśmy sobie czytania w domu. Eucharystia była długa. Ksiądz z darem wymowy
mówił długo, dużo i głośno, gestykulując przy tym rękoma. Msza była długa, chociaż
(jak zauważył Jędrek) kaznodzieja pominął niektóre modlitwy. Co nieco, tak w ogólnym zarysie
zrozumiałam. Z ciekawostek - do mszy służyły dziewczynki i dwie szafarki rozdawały
komunię.
Po eucharystii wróciliśmy do domu, gdzie czekaliśmy na polepszenie się pogody. Wystarczyłoby
nam, żeby przestało padać. Padać przestało, ale chmury nadal wisiały. Postanowiliśmy
obejrzeć jakiś wąwóz. Pojechaliśmy więc do Kaprun. Wąwóz miał 320m i był okropnie
głośny. Woda huczała między potężnymi skałami. Było mokro, i to nie tylko od deszczu.
Potem obeszliśmy jeszcze jeziorko o pięknym turkusowym kolorze.
W drodze powrotnej spotkaliśmy Polaków. W dodatku z rodzinnego miasta Szymona, a ojciec
tej rodziny pochodził z naszej miejscowości. No jakiż ten świat jest mały! Wszystkiego
dowiedział się Szymon, który rozpoznał ich po ubraniach z campusa. Szymon jest bardzo
towarzyski ;-) i (jedynie) za granicą chętnie nawiązuje kontakty z obcymi. Ale co to
za obcy? Polacy! Których zresztą niewielu spotkaliśmy w Austrii (3 grupki).
A jutro wyjazd. Jak pojedziemy? Przez jaki kraj? Czy zajrzymy jeszcze w polskie góry? ... |
1. Ogrom gór. I mam tu na myśli powierzchnię, a nie wysokość. O ile mówimy "Tatry to góry
o charakterze alpejskim", to nie powiemy "Alpy to góry o charakterze tatrzańskim". Godzinami można
jechać samochodem dolinami pomiędzy cudownymi masywami. Niezwykłe doświadczenie, przydatne szczególnie
entuzjastom organizacji zimowych igrzysk olimpijskich w Zakopanem ;-)
|
6 sierpnia, poniedziałek
Dzień powrotu. Jędrek z Magdą ruszyli o 6-ej, a my o 16-ej.
Ostatni wjazd na Schattberg, spojrzenie na lodowce, zabawa na huśtawkach.
Jeszcze pamiątkowe zdjęcie przed domem i ... pojechaliśmy. W dalszym ciągu nie wiedzieliśmy
dokąd pojedziemy. Decyzję podjęliśmy na stacji benzynowej tuż przy granicy austriacko-niemieckiej.
Zdecydowaliśmy się pojechać w Góry Stołowe. Po drodze uznaliśmy, że czasu mamy mnóstwo, więc
możemy pojechać jeszcze obejrzeć słynny niemiecki szczyt Watzmana, którego ostre ściany
miały kontrastować z jeziorem, znajdującym się u jego podnóża. Zjechaliśmy na olbrzymi
parking. Do jeziora było 300m. Nie chciało nam się wysiadać, ale skoro już tutaj byliśmy ...
Do jeziorka prowadziła uliczka, obładowana kafejkami i sklepikami. W Austrii już wszystko byłoby
pozamykane, a tutaj życie kwitło. W końcu doszliśmy do słynnego jeziora. Słynne to może ono
i jest, ale dla nas było zupełnie zwyczajne. Może dalej, gdzie nie ma ludzi, gdy płynie się
stateczkiem ... Może rzeczywiście jest malownicze. Po krótkiej chwili wróciliśmy do samochodu
i ruszylismy na podbój niemieckich autostrad. Dzieci rozrabiały. Anula już "nie mogła" i
musieliśmy się zatrzymać na parkingu, strasznie brudnym i zatłoczonym, ale za to z widokiem
na wapienne skaliste góry, oświetlone zachodzącym słońcem. Pojawił się także kawałek tęczy,
(tęcza zawsze poprawia mi humor :-)). Godzinę jedliśmy i piliśmy. Dzieci zamiast biegać na dworze,
brykały w samochodzie, wciskając wszystkie możliwe przyciski. Miałam nadzieję, że gdy
będziemy dalej jechać, Anula szybko zaśnie. Przeliczyłam się. Musiałam usiąść do niej do
tyłu i śpiewać jej piosenki, przy czym zupełnie nie wiedziałam jakie. Ona za to wiedziała,
że nie te, które akurat przychodziły mi do głowy. Była już bardzo zmęczona i pewnie
dlatego potrzebowała 50 minut, aby zasnąć. Zaraz potem zasnął Maciek i ... ja. Szymon
wytrwale prowadził samochód. Skorpiak mknął po autostradzie 120, 130 km/h i był
jednym z wolniejszych samochodów :-).
Rano była już Polska. Plan był taki, najpierw Karpacz, a potem zobaczymy. Gdy dojechaliśmy
do Karpacza, tak jakoś zupełnie naturalnie Góry Stołowe uciekły nam z głowy. Zostaliśmy
w Karkonoszach!
...
I było cudownie - górsko i polsko.
wspominała Kasia (starałam się podać dobre nazwy szczytów i miejscowości, ale znana jestem w rodzinie
z tego, że strasznie przekręcam nazwy. Z góry więc przepraszam za ewentualne pomyłki :-))
zdjęcia - nasze i naszych przyjaciół
 |
2. Przejazd przez Grossglocknerhochalpenstrasse. Dziesiątki zakrętów. Widoki z Edelweisspitze
i Hochtor na niekończące się pasma gór w dali i na potężne, skaliste zbocza, lśniące w słońcu
siatkami potoków; i płatami śniegu. Tak bliskie, że wydaje się, że można sięgnąć do nich ręką.
Lodowiec Pasterze - wielki, szaro-biały i jakiś taki ponury, wylewający przez błękitne gardziele
błotnistą rzekę.
3. Komercja i "cywilizacja", przynajmniej w tych miejscach, do których mogliśmy dotrzeć. I znowu
Hochalpenstrasse, wielki piętrowy parking i rozsnuwający się smród spalin nad "naszym" lodowcem.
Rozkopane góry koło Saalbach. Pastwiska ogrodzone drutem kolczastym i krowy alpinistki, pasące się
powyżej 2000m. Place zabaw dla dzieci na szczytach. Makabryczne wrażenie znad jeziora Koenigsee w Niemczech
(droga powrotna); tak jakby Krupówki przenieść nad Morskie Oko.
Podsumowując - wyjazd wspaniały, mimo kłopotów z marudzącymi maluchami, mimo 2 dni deszczowych
i stresów cenowych.
Warto łapać okazje :-)
|
|